27.03- 19.04.2013


O MALARSTWIE KRZYSZTOFA WACHOWIAKA I KONTESTACJI, PISZE MAGDALENA SOŁTYS

Krzysztof Wachowiak maluje od lat proste, banalne, bliskie dziecięcym fascynacjom, ocierające się o popkulturę tematy, ale w sposób, który oddala je od naiwności i spłaszczenia sensu. Morze, chmury, palmy, przestrzenie kosmiczne, wyposażone w dziwne zjawiska – czarne dziury, spadające komety i gwiazdy, UFO, nierzadko opatrzone bazgraniną tytułów. A dawniej w PRL-u na obrazach prezentował torty monstrualne jak jakaś socarchitektura (dziś ten cykl kontynuuje), niezapomniane portrety prominentów i te, wkomponowane w uroki rzeczywistości przypartej do muru, od niej odbite, przedstawiające zwykłych ludzi w sytuacjach, nazwijmy to, towarzyskich.

Prześmiewczy jest timbre sztuki Wachowiaka. Artysta ma bez wątpienia zmysł krytyczny, jest w rozumowaniu bezkompromisowy, a w czasach minionych pozostawał, oczywiście, negatywnie usposobiony do systemu. Stąd przedmiot malowany pozbawiał przyjętych dlań wartości, odcinał od kryteriów jedynie słusznych i przewartościowywał tak, by dać wyraz wątpieniu, a dalej niezgodzie. Choć czasem w tematach nie stricte politycznych, a ludzkich – po prostu porozumieniu w utrapieniach czy radościach potocznego życia. Przewartościowanie określa także proces i strukturę malowania. Z jednej strony widzimy nachlapany, wyraźnie zaciągnięty szerokim pędzlem kolor, nalaną, grubą plamę. A z drugiej – pedantyczne, niemal obsesyjne podmalowywanie i nawarstwianie kolejnych plam, drażnienie ich ingerencjami – liźnięciami, muśnięciami, draśnięciami, niby to niechlujstwami. Tu czułość dla materii malarskiej, mięsistej tkanki koloru wygląda jak agresja. Jest efektem działań zdeklarowanego malarza gestu, który chce jeszcze sprawiać wrażenie pełnej spontaniczności. U Wachowiaka nie ma zarazem nic przypadkowego. On nie potknął się o wiadro z farbą!

Artysta jest tradycyjny w rozumieniu składni malarskiej: szanuje kolor (trudno nie przyznać mu prymatu w obrazie), światło, formę, czuje dynamikę i statykę. To wszystko u niego utrzymuje idealne proporcje i stosunki, współpracuje bezbłędnie. Wachowiak chyba niezmiennie sądzi, że paranie się pięknem, pojętym wprost, jest nieco niemęskie, więc traktuje je wyraźnie szorstko, ciągle ujmując estetyzmowi. On nie brzydzi się brzydoty; dotyka głęboko przenicowanego piękna zgrzebności.

Malarstwo, być może, jest poza wszystkim umiejętnością odejmowania form, treści i koloru w konstrukcji przedstawień i znaczeń. Na pewno dar powściągliwości i rozwagi czemuś służy. Malarz ma ten dar. Potrafi redukować komunikaty w anegdocie do ostrości sygnału czy sugestii podprogowej (po prostu wiemy, o co chodzi), te swoje kolorys0tyczne sosy, czasem „błota” wysmakowuje, łagodzi, nadaje im harmonijną dźwięczność, czyni eleganckimi, mimo pozbawienia jakichkolwiek lęków kolorystycznych, ekspresję potrafi okiełznać i ukierunkować, ładem niewymuszonych form trafia w punkt. Ta rozbudowana, mądra gra z możliwościami malarstwa prowadzona jest przez artystę znającego jej reguły, z dystansem, oraz zaangażowaniem młodzieńca i założoną irracjonalnością, rozumianą jako antidotum na absurd. Jest w tym całym, bujnym banale przewrotność, kierunkująca na nieoczekiwaną powagę – prócz tego wyraża się on dużą dozą przejmującego, ciepłego romantyzmu i sentymentalizmu.

Na warsztacie Wachowiaka znajduje się dziś nade wszystko problem znaku ikonograficznego. W setkach wariantów balansuje między tym, co daje naoczność, faktyczność widoków, a co oferuje znak, skrót formalny, uproszczenie, plakatowy styl wyrazu. Przyłapać momenty, kiedy to, co faktyczne, i to, co artefaktyczne, się spotyka i scala, udaje się mało komu, a Wachowiakowi znakomicie. Swoje tematy podaje jak metodolog malarstwa, budując prowokatorskie idiomy. Sztuka ta poniekąd rozprawia się z artefaktycznością siebie samej, czym stawia także diagnozę współczesnej cywilizacji wizualnej.

Znajdziemy także aspekt skrajnie inny. Malarstwo Wachowiaka obnaża jego zdolność do autentycznego postrzegania i czytania natury – nawet z nią współodczuwania. Jego pejzaże, cała osobliwa marynistyka jest w gruncie rzeczy na to dowodem. Prócz tego artysta często o0dwołuje się w sensie technicznym do doświadczenia pośredniego, do fotografii, która oddaje konkret przedstawienia niejako w konspekcie 0przyszłego obrazu malarskiego, z kompletnością, dyscypliną układu, jakąś stabilnością, które za chwilę farba zburzy, zamaże.

Ważną opinią podzielił sięz namiAndrzej Matynia, nieżyjący już krytyk sztuki: To nie przypadek, że artyści próbują malować jak Sasnal, a dziennikarze toczą jałowy spór, kto był pierwszy Sasnal czy Luc Tuymans, bo pierwszy był Krzysztof Wachowiak. Żeby to wiedzieć trzeba było oglądać wystawy. Tak pisał w tekście „Na niezwykłość trzeba zapracować” na łamach miesięcznika „Art&Business” w 2008 roku.

Artysta jest mistrzem rozmaitych kamuflaży i zawsze jest aluzyjny. Wdaje się w dziwny namysł. Niby to udaje nihilistę. A myślenie przecież samo w sobie nieco kokietuje nihilizmem – zawsze coś problematyzuje, podważa czy obala, odwołuje się nieustannie do sokratejskiego hasła „wiem, że nic nie wiem”. I takie jest pozornie to myślenie malarskie. Nota bene na wystawie pokazujemy obraz o tytule „Czy jest coś czy nie?”. Jest i Wachowiak jednym z tych, którzy w zalewie współczesnego relatywizmu
i pesymizmu szukają klarownej i nie podlegającej dyskusji prawdy oraz mocnego gruntu pod nogami. Podskórnie diagnozuje kryzys kultury, wartości, światopoglądu i polityki zarówno w czasach, kiedy przeciwnik jest oczywisty, jak i teraz, kiedy wszystko jest mniej wyraźne i jednoznaczne.

Wachowiak, bez wątpienia, serwuje odbiorcy malarstwo dyskursu – głośne, ekspresyjne, wynikające z przejęcia światem i sztuką. Kiedy malarz był nastolatkiem, w połowie lat 60., kontestacja przekształciła się na świecie w zróżnicowany wewnętrznie ruch społeczny, skierowany przeciw aparatom władzy i środkom manipulacji. Znaczyła (wyrażaną przez młodzież) odmowę uczestnictwa w zastanej rzeczywistości. Te sprawy były w jakiś pośredni sposób dla niego tłem. Rzeczywistość, ta krajowa, budziła na pewno bunt. Kontestacja, co interesujące, ma podwójny źródłosłów. Wywodzi się od łacińskiego contestor, contestari, oznaczającego potwierdzenie, odwołanie się do wyższego świadectwa. I od francuskiego contestation, które odpowiada polskim słowom: zakwestionowanie, spór, negacja. Wyraźnie widać podwójność sensu. A niszczenie i budowanie łączą się w spójną całość. Sztuka Wachowiaka była zaangażowana w najlepszym tego słowa znaczeniu, właśnie podwójnie kontestacyjna, będąca swoistym protestem przeciw wrogiemu światu, i zarazem udaną próbą zburzenia zastanych nawyków estetycznych odbiorców, poszukiwaniem nowych formuł artystycznego wyrazu, zatem w swojej skali zaczynem zmiany w ogóle. Jednak w porozumieniu z kulturą plastyczną, za pomocą jej środków, poprzez zasadnicze potwierdzenie jej wartości. Po prostu pozostawała sztuką, a nie przebierała się w publicystykę.

Do ziemi obiecanej czołowy malarski buntownik PRL-u już dawno dotarł – przeniosła go transformacja ustrojowa. Przekonanie o nieuchronności alienacji, dość typowe dla kontestatorów, także posiada. Ma swoje lata, a i rzeczywistość stawia mu inny opór. Konteksty się zmieniają. Autentyzm, rzadka otwartość patrzenia i widzenia, głęboki zmysł obserwacji, cecha artysty „bycia sobą” trwają oraz sprowadzają na jego sztukę staromodną wiecznotrwałość.

Krzysztof Wachowiak urodził się w 1949 roku w Szczecinie. Studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dyplom obronił w 1975 roku pod kierunkiem prof. Stefana Gierowskiego. Po studiach działał w ramach grupy „Symplex S4”, która nawiązywała do polskiego koloryzmu (podziw dla Artura Nachta-Samborskiego towarzyszy mu całe życie) i unizmu Władysława Strzemińskiego. Jest nazywany prekursorem polskiego neoekspresjonizmu; podjął dialog z ekspresjonizmem przed objawieniem się neofowizmu, Neue Wilde. Od 1980 roku wykłada na rodzimym wydziale; zaczynał jako asystent prof. Wandy Paklikowskiej-Winnickiej. W czasach PRL-u pobił rekord procentem obrazów niedopuszczonych do wystaw przez cenzurę. Na emigracji w Australii po koniec lat 80. odniósł artystyczny i rynkowy sukces, po czym wrócił do kraju. Bogatszy jednak o przekonanie, że jego malarstwo, tak dalece zakomponowane w kontekst polityczny Polski, potwierdza się w odbiorze poza nim i bez niego, ujawniając swój uniwersalizm. A nawet dużą atrakcyjność dzięki wnikliwemu i dosadnemu traktowaniu obyczajowości ludzkiej, tworzeniu z wyczucia fizjonomii
i gestu trafnych charakterystyk postaci i sytuacji. Co ostatecznie pozwala na adaptację tego malarstwa na każdym gruncie kulturowym i społecznym. A także, co szczególnie ważne, tłumaczy się ono uniwersalnym językiem wyobrażeń skrótowych, stosowanym
we wszystkich tematach obrazów, a i czytanym powszechnie.

Magdalena Sołtys – kurator wystawy


Dokumentacja wystawy