17.01 – 21.03. 2014


O DZIWNYM PRZYPADKU SZTUKI GRZEGORZA KOZERY PISZE MAGDALENA SOŁTYS, KURATOR WYSTAWY

Grzegorz Kozera (ur. 1983) należy do wyróżniającej się części młodego pokolenia polskich artystów.  W 2008 roku ukończył studia na Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. A w 2011 roku otrzymał dyplom z wyróżnieniem rektorskim Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w Pracowni Przestrzeni Malarskiej prof. Leona Tarasewicza na Wydziale Nowych Mediów i Scenografii. Obronił także dwa aneksy do dyplomu na Wydziale Malarstwa.

Pierwszy – w Pracowni Tkaniny Artystycznej prof. Doroty Grynczel. Drugi – z rysunku u prof. Jerzego Bonińskiego. Malarstwo, rysunek, metaforycznie rozumiana tkanina oraz kompilacja możliwości, jakie dają, stanowią powierzchnię, po której porusza się artysta. Uprawia jako takie malarstwo i kolaż. Sprawnie operuje wiedzą z kanonu kultury iberyjskiej; niejednokrotnie czerpie z niej inspiracje. Kozera to świetnie rozwijający się malarz. Przyzwyczaił jednak odbiorcę do prac w technice kolażu (wystawiając je chętnie). Dowiódł w niej biegłości.

I jest z nią – z uznaniem – kojarzony. Przyzwyczaił i siebie do tego typu artykulacji treści, sposobu nią zarządzania. Stach Szabłowski pisał do zbiorowej wystawy „Parasol w prosektorium” (Galeria Salon Akademii w Warszawie, 19.03-11.04.2013): artysta [o Kozerze] traktuje kolaż jako medium tworzenia swoistego dziennika, który już nie tylko odbija codzienność autora, lecz wchłania jej fragmenty. Przy czym nie jest to systematyczny, rytmiczny notatnik adekwatny do rzeczywistego natężenia osobistej codzienności, a selektywny, określany zmiennymi fazami, a czasem nawet impulsywny, wewnętrznie modalny rejestr doświadczeń i rytuałów codzienności. Artysta jest dyskretnym i wnikliwym komentatorem dostępnej mu rzeczywistości. Pozbawionym egotyzmu samoobserwatorem. Ambicje kreacyjne ewidentnie połączył z krytycznymi, a swoją wypowiedź wyposażył w poczucie humoru i znamiona zdrowego dystansu do spraw. Mimo wrażenia lekkości oraz swobody czy nawet chaosu wyrażania, przyczynkarskie doświadczenia autora jawią się jako przeżyte, w pełni przemyślane, potem z punktową celowością zastosowane w pracach. I mimo że komunikat zbudowany jest z niejasności, ma rozszczelnione powiązania treści, to zdradza precyzję zamierzonych, zaplątanych sensów. A ich dynamika jest duża. Jest także wprost proporcjonalna do gęstości detalu. Surrealny egzystencjalizm nakłada się na erudycyjny rebus, na nieco anarracyjną anegdotę. Sensy zaś mają za nośniki bystre ciągi skojarzeniowe. Prozaiczność jest tu prześwietlona poetycznością, zyskuje walor wyjątkowości, staje się elitarna, wysmakowana, kulturalna. Kozera ujarzmia w kolażu chaotyczny, rozmigotany i nadaktywny świat współczesnych bodźców, działając jakby pod dyktando myśli nieoswojonej, mitycznej. Przywodzi to, rzecz jasna, na myśl strukturalistyczny bricolage Claude'a Lévi-Straussa. Nadto powstaje przemożne wrażenie, że wszystko to jest dodatkowo dziwnie psychosomatyczne. W sumie to kraina osobliwości. Zdarza się, że kolaże to szkice, zaczyny obrazów stricte malarskich. Kozera gustuje w dużych formatach płócien. Pozbawia je krosien – stelażu, wzmocnienia, wspomagania, przestrzennej dyscypliny przedmiotu, czyli w pewien sposób je deformuje.

W zamian otrzymuje wiotkość tkaniny – nieskrępowanego płótna, którego ułożenie, szczególną motorykę reguluje jedynie gęstość farby. Raz – w niemal akwarelowym rozmazaniu, dwa – w osadowych zgęszczeniach. Tkanina w takich warunkach gnie się, faluje. Ale także układ namalowanych falistych form, pewien skręt współbieżnych lub pętlących się, kudłatych linii powoduje podobny efekt nieustannego poruszenia. Kozera od dyplomu snuje opowieść o człowieku demonstrującym swoją kondycję powłoką materii, wizerunkiem tekstylnym. Mówi o tożsamości jednostkowej, społecznej, ekspresji statusów społecznych, restrykcyjności ról, stereotypach, stygmatach społecznych, schematach, tradycjonalnej mentalności… Waga tych sformułowań jest duża, brzmią nazbyt zobowiązująco i sztywno jak na próbę interpretacji tej sztuki, niemniej w  podtekście artysta dysponuje namysłem nad tak ustawioną  problematyką. Oczywiście, zapytany o to, co go interesuje, odpowiedziałby pewnie, że życie jako takie, które jest po to, by je przeżyć. Najpierw w tym malarstwie pojawiły się po prostu ubrania – tożsame z jakimiś domniemanymi osobami, bywa że dedykowane komuś czy anonimowe, ale nieodmiennie  jakieś-czyjeś. Koszule, staniki, spodnie, pulowery… Mają wtedy hiperrealną, fotorealną aparycję. Pozostają jednocześnie na wskroś organiczne, z pulsacją, rozedrganiem typowym dla życia, charakteryzują się nieregularnością natury, mają sensualną miękkość. Te ubrania odzierają z iluzji, ubierając, a nie mamią iluzją przez kamuflaż. Choćby koszule są niczym innym jak reprezentacją ludzkiego istnienia, i od niego nabierają jego cech, przez dotyk człowieka, niemal żyją cieleśnie w jego imieniu. Ubranie symbolizuje wcielenie życia, także jego brak – przemijanie, śmierć. Pod nieobecność człowieka stawia się pytania o jego  materialność. Mówi o granicy intymności i jej przekraczaniu, o integralności człowieka i jej naruszaniu. O tym, że znajduje się on w stanie między energią i materią.

Jest niczym zjawa – dysponuje ciałem eterycznym, już nie fizycznym. Ale nierozłącznie stale determinuje go fizyczny byt – jego zwierzęce ciało pozostaje uspołecznione, podporządkowane, zatem zgodne z ogółem. Zarazem przecież zbuntowane i nieustępliwe. Instynkt i ograniczenia mediują tu nieustannie. Odzienie pośredniczy między id i superego, by przywołać freudowskie pojęcia. Przejmuje kontakt ze światem i go ogniskuje. Pośredniczy między ja i nie-ja. Jest mechanizmem ochronnym, powłoką reaktywną, strefą wymiany emocji… Związek ubrania i ciała Kozera zaczął szybko zacieśniać. Ciało wchłonęło ubranie. Ubranie naciekło na ciało. Pojawiło się jakby ubranie somatyczne. Pierwszym sygnałem tej tendencji był obraz dyplomowy przedstawiający komżę z rysunkiem owłosienia klatki piersiowej. Potem pojawiły się somawytrawiony z wnętrza korpus, absurdalnie nagie tułuby, obdarte ze skóry korpusy – wszystkie z owłosieniem ciała, z włoskami, szczeciną, meszkiem… Te trzeciorzędne cechy płciowe dobitnie wskazują na zwierzęcość człowieka.

„Barwy ochronne”, obraz z 2013 roku wiele wyjaśnia – naciekłe niby krwią niby ciała z owłosieniem, bez głów, rąk i stóp, w istocie dwa opalizujące kombinezony ochronne, które są jak okaleczone ciała obdarte ze skóry. Kozera stawia na odwrotność – pokazuje, że bezbronność znajduje się na wierzchu, wrażliwość także, że bebechy czy skóra-rana są powierzchnią, którą się stykamy ze światem. Brutalizacja mieści się w tak ekspresyjnej dramaturgii życia. Obdarcie ze skóry, odarcie z intymności, zarazem z natury i kultury, gwałt na integralności postaci w obrazie służy uwolnieniu wrażliwości. Ciała, czy ich części (rozpoznawalne lub nierozpoznawalne organy), są rzeczami, materiami, nawet po prostu tkaninami. A przedmioty mają cielesne atrybuty. „Krwawiąca” torba na zakupy – jest doznająca, dramatycznie dotknięta, w traumie. Oglądamy dziwne, nieodgadnione,
surrealne przedmioty – urządzenia, narzędzia, mechanizmy, machiny… Zębatki, przekładnie, wagi (…), a dokładniej ich osobliwe połączenia. Wszystkie one są magiczne, ezoteryczne i na pewno nie są doskonale bezużyteczne – zostały chyba zamierzone na ciało lub jakoś skojarzone z jego konstrukcją, są antropometryczne. Ubrania-ciała, organy, surrealne przedmioty metaforyzują ludzki los, cierpienie, nawet to naskórkowe. Na płótnach rozrasta się świat alternatywny – o niejasnej zasadności, odmiennej funkcjonalności, innym czasie. Ale jedna formuła pozostaje stała, mianowicie – pansomatyzmu, głosząca, że wszelki przedmiot jest ciałem. Przedmiot to tyle, co substancja, to, co posiada własności. Wszelkie coś jest ciałem. Tu filozof zacząłby sprawę komplikować, dając parę kolejnych wskazówek malarzowi na temat materializmu. Można by w końcu także przyjąć, że wszelka dusza jest ciałem. Domyślam się, że artyście odpowiadają słowa Voltaire'a: Jestem ciałem i myślę. Tam, gdzie jest ciało ludzkie, tam jest i śmierć. Tam, gdzie Tanatos, tam i Eros. 

Ta szuka jest bardzo sensualna i ociera się o erotykę. Pojawiają się atrybuty płci. Fallusów w niej niemało. Kto zna artystę, powie o nim: młodzieniec z dawnych lat, jednocześnie to przecież burzyciel skostniałych standardów obyczajowych. To dopiero początek drogi Kozery. Niemniej zarysowują się dwie tendencje. Wszystko to, co  tworzy, jest wciąż dziwne, i wciąż przejmujące. Ciało, przedmiot, zależności, choćby alians natury i kultury, są dziwne. Przedstawienia są nierzeczywiste, alogiczne, w duch surrealnego zerwania wiązadeł rzeczywistego, ale przy domyślnym ich zachowaniu. Surrealizm jest stopowany zatem realistycznym osadzeniem tego malarskiego zamysłu, koniecznością opowiedzenia się wobec rzeczywistości. Sądzę, że poprzez osobliwość, wchodzenie w meandry wrażliwości malarz próbuje dość do odczytania podstawowych, bezpretensjonalnych prawd, które go osobiście obchodzą. Surrealista, André Breton, zdaje się, wyręcza Kozerę i podpowiada mu motto w słowach: Niezwykłość jest piękna, każda niezwykłość jest piękna, tylko niezwykłość jest piękna.

Na wystawie w Galerii Bardzo Białej można zobaczyć premierowe obrazy olejne i kolaże.

Magdalena Sołtys – kurator wystawy


Dokumentacja wystawy