Nie łatwo daje satysfakcję i poczucie spełnienia. Pracowniane męki nie są raczej rzadkością, a pewność własnego dzieła dana niewielu i to raczej tym, którzy nas ciekawią mniej, bo pewność w malowaniu jest stanem raczej niepożądanym.

Godziny w pracowni, męczenie siebie, płótna, farb i pędzli. Kombinowanie, próbowanie, docieranie, gubienie, znajdowanie i można by jeszcze dziesiątki innych słów przywołać dla opisu tych wszystkich stanów i emocji, które towarzyszą artystom w pracowniach. Można by napisać, błogosławiona niepewność, przeklęta pewność; ścieranie się tych wszystkich stanów, jest dla malarza codziennością, dla krytyka, który gości w pracowni rzadko, może bywać odbierane podobnie, choć oczywiście nie musi. Niby nie uczestniczymy w tej kuchni, ale zarazem, czasem jesteśmy w stanie odkryć pewne tajemnice warsztatu.

Dla Sławomira Ratajskiego malowanie ma wysoko zawieszoną ontologiczną poprzeczkę. Jest właściwie procesem wysoce spekulatywnym, autotroficznym i autotelicznym; ma traktować o samym malowaniu. Ma niczego nie przedstawiać, nie wyrażać, ma być czystym tworzeniem, i być niejako sprawozdaniem z procesu twórczego, w trakcie, którego powstaje obraz, który nie jest celem samym w sobie, a jedynie skutkiem ubocznym, całego procesu twórczego. Na pewno nieukochanym dziełem sztuki, cudownym dziecięciem, nagrodą za pracę i wysiłek, oraz swoistym podsumowaniem dotychczasowych osiągnięć. Obraz pozostaje zawsze nieco podejrzany. Bo jak się udaje zbyt łatwo, jak przychodzi i powstaje bez wysiłku, może łatwo zostać obarczony podejrzeniem o grafomański rodowód poczęcia. A wtedy raczej jest dowodem w sprawie przeciwko artyście, niż dowodem jego mistrzostwa i zaradności w posługiwaniu się myślą, farbą i pędzlem. Granica między spełnieniem a klęską jest bardzo cienka.

Pewnym sposobem, by uniknąć wielu z tych dylematów jest strategia kilku artystycznych porządków przyjęta od kilkunastu lat przez Sławomira Ratajskiego. Z jednej strony powstają obrazy malowane i właściwie przedstawiające, zazwyczaj o pejzażowym charakterze i rodowodzie. Z drugiej jest spory cykl zmasowanych abstrakcji ekspresyjnych, o mocnym geście i kolorze, unikających bardzo konsekwentnie konkretnych nawiązań do rzeczywistości, skojarzeń z nią. Jeśli coś takiego rodzi się w procesie ich oglądania, to być może raczej jest to nasza wina czy zasługa, a nie plan malarza. Tworzone są również kompozycje powstające poprzez wylewanie, rozlewanie, mieszanie płynnych farb bezpośrednio na powierzchni płócien. Tę metodę moglibyśmy nazwać grawitacyjną, bo głównie tej powszechnie obowiązującej na ziemi sile zawdzięczają one swój wygląd; ale jednak, nie możemy tego zrobić, bo nazwa ta mogłaby sugerować, brak udziału artysty w procesie ich powstawania, a tak przecież nie jest. Wszystkie zmieszania, połączenia, kolorystyki, a wreszcie kierunki ściekania, prędkość, intensywność zależą od oceny i decyzji artysty. Wreszcie są obrazy, w których łączy się ze są sobą metoda malarska z metodą grawitacyjną. Czyli elementy uczynione ludzką ręką i te do pewnego stopnia oddane w moc przypadku. Tych prac jest chyba najmniej, ale sprawiają bardzo dobre wrażenie, bo mieszanie tych dwóch technik czy sposobów daje bardzo dobre efekty.

A jednak sam malarz przyznaje: „Dotykam rzeczy jeszcze nierozpoznanych, wtopionych w rzeczywistość, które przez to mogą zostać odkryte. Podsuwam widzom obrazy, które z pomocą ich pamięci, intuicji, wiedzy wywołują skojarzenia, w które mogą się zagłębić poprzez własne doznania. Może to sprawiać wrażenie zabawy formą samą w sobie. Ale ta forma ma znaczenie, chociaż często bronimy się przed tym. Ona bywa tym, co, nazywa się treścią”.

Rzecz jasna, wspomniane tutaj obrazy nie wyczerpują pełnego wachlarza malarskich poczynań Sławomira Ratajskiego, bo jest ich jeszcze sporo, ale nie wszystkie zostaną pokazane na wystawie. Ta prezentacja ujawni tylko najważniejsze tropy poszukiwań i natchnień, które inspirowały artystę w ostatnich miesiącach i latach poprzedzających niniejszą prezentację.

kurator

Bogusław Deptuła